MONT-ORIOL - fragmenty
Reszta towarzystwa rozsiadła się pod wierzbami przy drodze naprzeciw kąpieli ojca Clovisa. Chrystiana u boku Pawła patrzyła na wysoki pagórek, z którego oglądała wysadzanie skały. Była tam owego dnia, niespełna przed miesiącem; siedziała na tej wyrudziałej trawie... Miesiąc! Zaledwie miesiąc. Pamiętała najbłahsze szczegóły: trzy barwy parasolek, zastęp kuchcików; pamiętała, co kto powiedział... I psa, nieszczęsnego psa rozszarpanego przez wybuch! Pamiętała, jak ten wielki nieznajomy młodzieniec na jedno jej słowo porwał się ratować kundla. Dzisiaj ten człowiek był jej kochankiem. Jej kochankiem! Więc miała kochanka! Była jego kochanką. Kochanka... Powtarzała ten wyraz w skrytych głębiach sumienia. Jakie dziwne słowo. Ten człowiek obok niej, który — zauważyła to — skubiąc źdźbła trawy tuż przy fałdach jej sukni starał się musnąć ją ręką, ten człowiek był teraz przykuty do jej ciała i serca tajemnym, wstydliwie ukrywanym łańcuchem, jaki natura zarzuca między kobietę
i mężczyznę. Głosem myśli, niemym głosem, co tak donośnie rozbrzmiewa wśród milczenia zamąconych dusz, powtarzała sobie nieustannie: „Jestem jego kochanką, jego kochanką, jego kochanką... Jakże to było dziwne i nieoczekiwane! „Czy kocham go? Objęła go szybkim spojrzeniem. Ich oczy spotkały się i w namiętnym wzroku, jakim ją ogarnął, wyczuła tyle pieszczoty, że zadrżała. Zdjęła ją teraz ochota, szalone, przemożne pragnienie, by chwycić jego rękę błądzącą w trawie, uścisnąć ją z całych sił i w ten sposób powiedzieć mu wszystko, co można wyrazić uściskiem. Osunęła dłoń wzdłuż sukni aż na murawę, zostawiła ją tam, nieruchomą, otwartą. Ujrzała, jak jego ręka zbliża się ukradkiem, niby zwierzę, które w czas godów szuka swej pary; była już blisko, bliziutko, ich małe palce spotkały się. Ledwie musnęły się łagodnie koniuszkami, rozstały na sekundę, odnalazły znowu — jak usta w pocałunku. Ale ta nieuchwytna pieszczota, to najlżejsze dotknięcie wstrząsnęło Chrystiana tak potężnie, że omdlewała jak gdyby znów zmiażdżył ją w ramionach. I w tej chwili zrozumiała, że można należeć całkowicie do drugiego człowieka, stać się niczym we władzy miłości; zrozumiała, że ten kochany zagarnia ciało, duszę, zmysły, wolę, myśli, krew i nerwy, wszystko, wszystko, co w niej żyje, podobnie jak wielki drapieżny ptak szerokimi skrzydłami zagarnia mysikrólika, gdy runie na niego z góry. Margrabia i Gontran, zarażeni entuzjazmem Willa, rozprawiali o mającym powstać nowym uzdrowisku. Wyliczali zalety bankiera: jasność umysłu, trafność sądu, nieomylność w spekulacjach, śmiały rozmach poczynań i równowagę charakteru. Wobec widoków powodzenia, o którym nie wątpili, teść i szwagier zgodnie cieszyli się rodzinnymi związkami z Andermattem.
Chrystiana i Paweł zdawali się nie słyszeć tej rozmowy, wzajemnie pochłonięci sobą.
Margrabia rzekł do córki:
— Tak, tak, maleńka, kto wie, może będziesz kiedyś należała do najbogatszych kobiet Francji, będzie się o tobie mówiło jak o Rotszyldach. Will to niepospolity człowiek, doprawdy niepospolita inteligencja.
Nagła, dziwna zazdrość wylęgła się w sercu Pawła.
— Dajcie spokój — powiedział — już ja znam inteligencję tych obrotnych specjalistów od interesów. Jedno im tylko w głowie: pieniądz! Myśli, które my poświęcamy rzeczom pięknym, wysiłki zmarnowane dla kaprysu, godziny spędzane na zabawie, energia trwoniona na przyjemności, zapał i siły, które nam pochłania miłość, boska miłość — tamci obracają na poszukiwanie złota; na marzenia o złocie, na gromadzenie złota! Człowiek, człowiek inteligentny, żyje dla swoich wielkich, bezinteresownych umiłowań: dla sztuki, miłości, wiedzy, dla podróży i książek; jeśli zabiega o pieniądze, to dlatego tylko, że one ułatwiają zdobycie istotnych uciech dla umysłu, a nawet szczęścia dla serca. Ale tamci nie mają w umyśle i w sercu nic prócz nikczemnego upodobania do spekulacji pieniężnych. Te pasożyty tak są podobne do niepospolitych ludzi, jak handlarz obrazów do artysty, wydawca do pisarza, dyrektor teatru do poety...
Urwał zdając sobie sprawę, że uniósł się zbytnio, i spokojniejszym już głosem podjął:
— Nie mówię tego o Andermatcie, którego uważam za przemiłego człowieka. Bardzo go lubię, przewyższa o niebo innych ludzi tego pokroju.
Chrystiana cofnęła rękę. Paweł znów umilkł.
Gontran roześmiał się i złośliwym tonem, jakim pozwalał sobie w chwilach szelmowskiej szczerości wszystko mówić, rzekł:
— W każdym razie, mój drogi, ten gatunek ludzi ma rzadką zaletę: żeni się z naszymi siostrami i miewa bogate córki, które zostają naszymi żonami.
Margrabia, urażony, wstał:
— Och, Gontranie, mówisz niekiedy rzeczy oburzające!
Paweł zwracając się do Chrystiany szepnął:
— Czy tacy ludzie potrafią umrzeć dla kobiety lub chociażby oddać jej cały majątek, nic sobie nie zostawiając?
Te słowa mówiły tak jasno: „Wszystko, czym rozporządzam, należy do ciebie, nawet moje życie — że, wzruszona, znalazła wybieg, by mu uścisnąć ręce.
— Niech pan wstanie i pomoże mi się podnieść: zdrętwiałam tu bez ruchu.
Zerwał się, chwycił przeguby jej rąk i podniósł ją przyciągając na brzeg drogi, blisko ku sobie. Odgadła na jego wargach szept: „kocham cię — i prędko odwróciła głowę, by nie odpowiedzieć, bo w uniesieniu rwała się ku niemu i te same dwa słowa mimo woli cisnęły jej się na usta.
Wrócili do hotelu.
Pora kąpieli minęła, zbliżała się godzina obiadu. Wreszcie odezwał się dzwon, lecz Andermatt nie nadchodził. Raz jeszcze okrążono park i w końcu postanowiono siadać do stołu. Obiad trwał długo, lecz bankier nie pojawił się do końca. Całe towarzystwo wyszło na dwór, by posiedzieć w cieniu drzew. Godziny mijały, słońce przesuwało się nad sklepieniem liści, pochylało ku górom, dzień upływał — a Willa nie było widać.
Naraz ujrzeli go: szedł prędko, z kapeluszem w ręku, ocierał pot z czoła; krawat miał przekrzywiony, marynarkę rozpiętą, wyglądał, jakby wracał z podróży lub z walki, po straszliwym, długotrwałym wysiłku.
Dostrzegłszy teścia krzyknął z daleka:
— Zwycięstwo! Załatwione, ale, moi drodzy, cóż to był za dzień! Ileż ja miałem udręki z tym starym lisem
I natychmiast zaczął opowiadać o swych posunięciach i trudnościach.
Ojciec Oriol początkowo okazał się tak nierozsądny, że Andermatt wyszedł z jego domu, zrywając rokowania. Po chwili wezwano go jednak z powrotem. Chłop umyślił sobie nie sprzedawać terenów, ale wnieść je jako swój udział do spółki, z prawem wycofania w razie porażki. W razie zaś powodzenia żądał połowy zysków.
Bankier musiał mu udowodnić czarno na białym przy pomocy cyfr i
